Ostatnio na forum:

Sukces rodzi się w bólach!
Wpisany przez DK   
wtorek, 31 stycznia 2017 13:29

alt

Czyli o tym dlaczego warto przyjść we środę na Euroligę. 

Ależ to były emocje! Idąc na niedzielny mecz finału Pucharu Polski chyba nie spodziewałem się, że aż tak będę przeżywał to spotkanie. Koszykówka kobiet jakoś szczególnie nigdy mnie nie interesowała, chociaż oczywiście wiem, kiedy rzucać za trzy i co to są osobiste. Na halę zawsze przyciągała mnie atmosfera, którą chłonąłem od najmłodszych lat. W młynie na koszu pojawiłem się jeszcze zanim pojechałem na pierwszy wyjazd, zanim zdecydowałem się, że chcę dla Wisły robić coś więcej niż tylko przyglądać się poczynaniom boiskowym piłkarzy. Można więc powiedzieć, że te spotkania z koszykówką w pewien sposób zaszczepiły we mnie fanatycznego bakcyla.. Wynik był kwestią drugorzędną, liczyła się dobra zabawa i przede wszystkim radość, którą dawało poczucie, że jest się częścią czegoś niezwykłego. Tak to wtedy, jako młody chłopak odbierałem, chociaż dopiero po latach zaczęło to do mnie docierać.


Dzisiaj stoję na tych meczach kosza trochę znudzony, czasami poirytowany, chociaż z wiekiem irytację zaczęła zastępować obojętność. Tęsknota za tamtymi kapitalnymi czasami w hali przy Reymonta trochę uleciała, a brak momentami jakiejkolwiek atmosfery zacząłem traktować jako coś normalnego, coś co po prostu jest stanem faktycznym i zbytnio nie powinno się nad tym pochylać. Zeszłoroczne Licealne Wyzwanie, które TS Wisła zorganizowało wspólnie ze Stowarzyszeniem przyciągnęło na halę sporą publikę i wlało w serca kilku osób (w tym moje) nadzieję, że kibicowanie na koszu nawiąże do lat swojej świetności. Niestety ten sezon odarł nas ze złudzeń.


Niedzielny mecz miał być takim jak każdy inny. Jednak na hali pojawiło się kilkanaście osób, które stwierdziły, że tego dnia musi być doping dla Wisły. Mimo trudnego początku, z każdą kolejną minutą reszta trybun zaczęła się podłączać do młyna, atmosfera się poprawiała.


Nie jest to tekst o pełnej fanatycznych kibiców hali, bo takiej w niedzielę nie było. Przyzwoity doping pod wpływem wydarzeń boiskowych i podłączenia się „normalnej” części trybun doprowadził do atmosfery, której na meczach kosza nie uświadczyliśmy dosyć dawno, ale ani nie był to szczyt naszych możliwości, ani nie ma się czym za bardzo chwalić. Ktoś, kto na wiślackich trybunach jest dłużej niż rok z pewnością się ucieszył, może nawet nieśmiało uśmiechnął, ale na pewno nie piał z zachwytu. Pisząc krótko: w lepszych liczbach i lepszej formie wokalnej powinniśmy zjawiać się na hali na każdym meczu, mimo, że ludziom, którym chciało się w niedzielny wieczór zjawić na młynie należy się zwyczajny szacunek. Resztę zrobiły one…


Jak już wcześniej wspomniałem ta cała damska koszykówka nigdy nie wywoływała we mnie jakichś wielkich emocji. Ot po prostu jedna z sekcji Wisły, a jak z Wisły to trzeba wspierać, o dobrych czasach kibicowania na hali już wspomniałem. Jednak w finale Pucharu Polski zobaczyłem pierwszy raz od dawna drużynę, w której jedna za drugą na boisku była gotowa oddać zdrowie i walczyć do końca. Nie twierdzę, że tej drużyny wcześniej nie było, ale albo one nie potrafiły tego pokazać, albo ja nie potrafiłem tego zobaczyć. Tak czy siak spotkaliśmy się w połowie drogi niedzielnego wieczoru.


Trzeba mieć naprawdę sporo odwagi i potrafić zachować zimną krew, żeby rzucić w takim momencie „za trzy” jak zrobiła to Sandra Ygueravide. To był kapitalny pokaz niemałych umiejętności, jakie posiada ta zawodniczka i jej koleżanki-bezdyskusyjnie najlepsze na polskich parkietach. Ten zespół po raz kolejny do zwycięstwa poprowadziła Agnieszka Szott-Hejmej, która swoją postawą (nie tylko grą) nie pozwoliła zwątpić ani przez moment tej drużynie w końcowy sukces. MVP finałowego spotkania obwołano Hind Ben Abdelkader, która rozegrała chyba mecz życia w barwach Białej Gwiazdy, a za czarnego konia tej rozgrywki można uznać Magdę Ziętarę walczącą przez całe spotkanie, zbierającą piłki i koleżanki z zespołu z parkietu, gdy te akurat na chwilę upadły. Kiedy rzucała ostatnie dwa osobiste to się po prostu przeżegnałem, chociaż nie potrafię sobie przypomnieć po tych wszystkich latach na wiślackich trybunach, kiedy ostatni raz to zrobiłem w sytuacjach boiskowych. W czasie gdy Paweł Brożek podchodził do karnego w meczu z Piastem na wiosnę ubiegłego roku to stałem spokojny wśród tłumu obgryzających paznokcie kibiców, a gdy przestrzelił to poza tym, że było mi go ludzku żal nie czułem nic. Zero emocji. Tutaj było inaczej.


To tylko Puchar Polski, to tylko koszykówka. Tak wiem. Nie ma co się nakręcać, popadać w skrajności, ale ja od siebie mogę tylko stwierdzić, że warto przyjść na Euroligę we środę, zabrać znajomych, zobaczyć ten zespół, wspierać go, a przy okazji pokazać naszą siłę. Trening wokalny przed ligą jest mile widziany nawet ze względów praktycznych. Być może w niedzielę nie stało się nic wielkiego, a może jednak coś udało się wskrzesić. Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Wiem tylko tyle, że zdjęcia z Pucharem Polski i transparentem dla kolegi, który w dniu meczu obchodził urodziny nie zapomnę tym zawodniczkom do końca życia.


Do środy Bracia!
 

Poprawiony: wtorek, 31 stycznia 2017 13:53
 

Dodaj komentarz

Redakcja SKWK.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie KibiceWisly.pl zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, wypowiedzi nie związane z tematem artykułu, "troling", sformułowania obraźliwe w stosunku do innych czytelników serwisu, osób trzecich, klubów lub instytucji itp.
Kod antysapmowy
Odśwież